Tęczowa Góra – Vinicunca

Tęczowa góra

Wybraliśmy się na drugą najbardziej znaną atrakcję w Peru — Tęczową Górę, a dokładnie Vinicuncę. Swoje kolory zawdzięcza równym warstwom skał ułożonych pasami. Krajobraz jest niesamowity, wygląda jak namalowany przez artystę abstrakcyjnego na ogromnym płótnie.

To wycieczka, która wymaga wcześniejszej aklimatyzacji w Cuzco. Tutaj dokładnie opisałem, jak radzić sobie z chorobą wysokościową.

link do wpisu o Cuzco

Vinicunca leży na wysokości ponad 5 tys. m n.p.m. Sama trasa od miejsca, gdzie zatrzymuje się bus, nie jest długa ani szczególnie trudna, ale rozrzedzone powietrze daje się we znaki. To dobra próba pokonywania własnych słabości, żeby stać się silniejszą wersją siebie. Lokalni mieszkańcy znoszą te warunki bez problemu — są do nich przyzwyczajeni. Biegają pod górę i w dół, oferując zmęczonym Europejczykom konia do podwózki za niemałą kwotę.

Uprzedzając pytanie: czy warto? Zaznaczam — było WARTO!

Piękno góry zostało odkryte stosunkowo niedawno, kiedy stopniała pokrywa lodowcowa, odsłaniając jej barwy. Od tego momentu stała się wielką atrakcją.

Przebieg wycieczki

Wczesnym świtem zabrano nas spod hostelu i zawieziono do małej restauracji na wspólne śniadanie z grupą.

Dalej jechaliśmy busem wąskimi drogami, doliną górską wzdłuż rzeki, coraz wyżej i wyżej, aż do kolejnego przystanku na toaletę — jakże ważnego. To ostatnia możliwa szansa, żeby skorzystać z wychodka. Krajobraz zmienił się diametralnie: mech w intensywnie zielonym kolorze, skały w najróżniejszych odcieniach, żadnych drzew, żeby się schować. Dalej teren jest kontrolowany i liczone są osoby wjeżdżające z przewodnikiem.

Jazda była momentami szalona. Wysokie góry, slalom po zakrętach, pod kołami sypki żwir i brak barierek. Czasem trzeba było minąć inny samochód — lekki stres. Kierowca i przewodnik jednak niewzruszeni, mówią, że pokonują tę trasę codziennie.

Dojechaliśmy na parking, gdzie każdy dostał kij trekkingowy, żeby łatwiej się wspinało, rozkładając ciężar ciała. Następnie otrzymaliśmy małą torebkę z liśćmi koki, cukierkami z koką oraz czymś słodkim — wszystko po to, by radzić sobie z wysokością i dodać energii.

Jak na innej planecie

Czuliśmy się jak na innej planecie — na Marsie, Jowiszu, albo gdzieś daleko w odległej galaktyce. Tylko lamy i alpaki, niczym niewzruszone, stały na zboczach gór i gryzły mech oraz korzenie. Futra miały potargane, zmierzwione od wiatru. Zimno wcale nie było dokuczliwe — lekka puchowa kurtka mogła być spokojnie rozpięta.

Może Armstrong miał podobne odczucia, stawiając kroki na Księżycu. Każdy krok w górę był jak chodzenie pod powierzchnią wody — ciśnienie w uszach, cięższy oddech. Przewodnik cały czas doglądał grupy, mając awaryjną butlę z tlenem.

Mniej więcej trzy czwarte trasy jest dość płaskie. Dopiero ostatni odcinek prowadzi pod górę. Tam, na zboczu, zrobiono odpłatny wychodek wykuty w skale.

Vinicunca i Góra Tęczowa

Vinicunca to tak naprawdę nie jest ta „tęczowa góra”, tylko szczyt obok, z którego podziwia się kolorowe pasy. Między nimi jest mała przełęcz, gdzie ustawia się kolejka do zdjęcia z dwiema lamami przebranymi w kolorowe stroje.

Na sam szczyt Vinicunca wszedł już tylko Michał. Z uwagi na popularność miejsca była tam kolejka do zdjęcia ze znakiem z nazwą góry i jej wysokością — 5036 m n.p.m. Jaka to była radość, że udało się tego dokonać! Tutaj też spotkaliśmy pierwszych Polaków na naszej drodze w Peru. Jak dorwali się do znaku na szczycie, to musiała być cała sesja, a kolejka czekała.

Z drugiej strony góry znajduje się druga trasa wejścia na Vinicuncę. Jest znacznie dłuższa niż ta, z której korzysta większość grup — zaczyna się dużo niżej i wymaga więcej czasu oraz wysiłku. Widać ją z góry jak wąski, wijący się szlak, którym pojedyncze sylwetki wspinają się powoli, jakby w zupełnie innym rytmie niż reszta świata.

Kawałek poniżej szczytu Vinicunca znajduje się dodatkowa, płatna atrakcja — wejście na rzeźby dłoni, które „trzymają” rozciągający się krajobraz lodowców i kolorowych gór. Widok stamtąd jest naprawdę wyjątkowy, a co najlepsze: nie ma tam tłumów. W przeciwieństwie do głównego punktu widokowego można spokojnie zrobić zdjęcia, nacieszyć się panoramą i mieć chwilę tylko dla siebie. My też zrobiliśmy tam swoją małą sesję 👬 — bez pośpiechu, bez kolejek, w ciszy przerywanej tylko wiatrem.

Droga w dół była już znacznie lżejsza. Schodziło się szybciej, a każdy krok był jak powrót do normalności. Gdy dotarliśmy na dół, bus zabrał nas z powrotem do tej samej restauracji, gdzie jedliśmy śniadanie. Tym razem czekał na nas wspólny obiad — prosty, lokalny, ale smakował jak najlepsza nagroda po wysiłku. Po jedzeniu przewodnik opowiedział nam jeszcze trochę o historii miejsca, o tym, jak zmieniało się przez lata i jak wyglądało zanim odkryto jego kolory. Słuchaliśmy z uśmiechem, choć w głowie aż kręciło się od… nadmiaru tlenu. Po całym dniu na wysokości powrót na „normalny poziom” był jak reset organizmu.

Powered by GetYourGuide

Comments

Jedna odpowiedź

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *