Czyli Ślub na Maderze
Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych wysp na świecie leży na oceanie Atlantyckim w archipelagu Makaronezji. Portugalska Madera to ogród botaniczny z wieczną wiosną. Nie ma miesiąca czy kwartału, by nie kwitły tutaj coraz inne rośliny.
Wszystko to potwierdzam. Gdzie nie staniesz i spojrzysz to widok zapiera dech.
Pierwsze spotkanie z Maderą wszyscy zaczynają od jednego z najbardziej spektakularnych lotnisk. Tutaj lądować mogą tylko specjalnie certyfikowani piloci. Pasy lotniska wybudowane zostały na wysokich betonowych słupach zakotwiczonych z jednej strony w zboczu wyspy, z drugiej w dnie oceanu. Wrażenie niesamowite, coś porównywalnego chyba tylko z lądowaniem na lotniskowcu… samolot ląduje na oceanie. Przy takim położeniu lotnisko narażone jest na silny i zmienny wiatr. Podczas odprawy lotniskowej ładnie poprosiliśmy o miejsca przy oknie z prawej strony. Podczas lądowania widok był niesamowity; na szczęście nie było mocnego wiatru.



W marcu, kiedy w Polsce jeszcze zimowe kurtki, tutaj mamy około 20 stopni. Choć pogoda jest stabilna to wszystko zależy od chmur. Wiatr raz je przywileje, by za chwilę pognać daleko… Gdy w góry trzeba zabrać lekką kurtkę, tak na południowym wybrzeżu wystarczała bluza. Deszcz ani razu nie padał. Chmury kondensują się w górach i skraplają do tak zwanych levad czyli kanałów, którymi woda spływa do miast i pól uprawnych na wybrzeżu. Levady dawno zbudowane przez mieszkańców wyspy, obecnie są pieczołowicie chronione i w razie potrzeby rekonstruowane. Dzięki nim wody nie brakuje pomimo braku opadów. Niektóre levady zamieszkują pstrągi.


Głównym celem naszego wyjazdu był ślub. Garnitury zakupione, na miejscu wszystkie formalności załatwione przez naszą organizatorkę Panią Ewę Brok de Baraban. Pilnowała, żeby ten dzień był dla nas wyjątkowy. Potrzebne dokumenty przez DHL doszły w 2 dni!! Wszelkie formalności zostały załatwione przez Panią Ewę jeszcze przed naszym przylotem na Maderę.
Nas czekały już tylko beztroskie wakacje z mocnym akcentem – ślubem.
Nocleg
Na pobyt wybraliśmy hotel Enotel Magnolia, 15 minut spacerem od centrum Funchal, stolicy wyspy. Bardzo elegancki hotel. Pokój mieliśmy z widokiem na cudowny park i wzgórza miasta. Z drugiej strony budynku były droższe pokoje z widokiem na ocean. Jednak maderyjska zieleń bardziej mnie zachwyca niż widok wody. Obiekt posiada dwa baseny, jeden mniejszy okresowo podgrzewany pod daszkiem i drugi większy przed budynkiem. Jedzenie boskie. Mieliśmy wykupione obiadokolacje. Przepyszne ryby, mięsa, ciasta, owoce, warzywa, potrawy regionalne i międzynarodowe. Wyroby cukiernicze tutaj serwowane były zdecydowanie najlepsze spośród dotychczas spotkanych na naszych wyjazdach.







Komunikacja po wyspie i mieście Fuchal
Komunikacja miejska na Maderze jest podzielona na 4 strefy: wschód, zachód, miejska Funchalu i okolice Funchalu. Każdą obsługuje inna firma przewozowa. Bilety najprościej kupić w autobusie za gotówkę u kierowcy. Są też różne opcje biletów na kartę, można je kupić w kilku wyznaczonych miejscach. My skorzystaliśmy z biletu Giro24,
który działa przez 24h od skasowania na autobusy miejskie i wschodnią część wyspy. Koszt takiego biletu to 13 euro. Wykupiliśmy go na dworcu głównym, przy stacji kolejki linowej na Monte.
Nazwy firm przewozowych:
- HF (Horários do Funchal)
- SAM (Sociedade de Automóveis da Madeira)
- RODOESTE (Transportadora Rodoviária da Madeira)
- EACL (Empresa de Autocarros do Caniço)
Autobusy na najbardziej popularne kierunki zapełniają się już na tej stacji. Nie ma szans dostać się na
następnym przystanku. Dopiero marzec, nie wiem co dzieje się tu latem…. A jazda tymi dużymi autokarami to prawdziwy roller coaster. Szalone serpentyny przy niziutkim murkach, przepaście przy wąskiej drodze, raz stromo w górę by potem ostro zjechać… Marcin podziwiał i kręcił filmy, ja się
przypiąłem pasami i trzymałem siedzenia. Widoki niesamowite, nigdzie nie jeździliśmy po takich górach. Określamy je jako piękne, ale straszne. Dla mnie maderyjczycy są najbardziej sprawnymi kierowcami świata.
Zwiedzanie Madery
Funchal
Funchal to miasto o typowej zabudowie kolonialno-portugalskiej. Bardzo czyste, zadbane, sprzątane ulice i mnóstwo parków, które przypominają ogrody botaniczne. Choć przy jednym z naszych ulubionych pasaży – Av. Arriaga czuliśmy się jak w Austro-Węgierskiej miejscowości uzdrowiskowej – wystawna aleja z teatrem, kasynem… brakowało tylko pijani wód mineralnych. Na potwierdzenie wrażenia dodam, że na wyspie organizowane są koncerty Mozarta, a przy jednym z hoteli stoi pomnik Cesarzowej Sisi, upamiętniający jej pobyt.
- położeni na mapie Pomnika Cesarzowej Sisi
- Rua de Santa Maria – ulica z kolorowymi drzwiami





Na Maderze spotkać można również mocne polskie akcenty. W muzeum Diecezjalnym znajduje się domniemany obraz króla Władysława Warneńczyka. Według niektórych badań (legendy?), nasz król nie zginął w 1444r w bitwie pod Warną przeciwko Turkom, ale po wielu zmianach losu miał osiedlić się jako Henrique Alemao (Henryk Niemiec) otrzymując posiadłość Madalena do Mar, nieopodal Funchal i mieszkał tam 20 lat. Taką wersję historii pielęgnują mieszkańcy Madery. Drugi mocny polski akcent to postać Józefa Piłsudskiego, który od grudnia 1930r do marca 1931 r mieszkał w willi Quinta Bettencourt, wówczas na obrzeżach Funchal (przy Caminho do Pilar 20). Z tym pobytem łączy się tragicznie zakończony romans Marszałka z lekarką Eugienią Lewicką… Na pamiątkę przyjazdu Piłsudskiego, w centrum Funchal przy Rua Antonio Jose de Almeida, zobaczyć można popiersie Marszałka a rondo na skrzyżowaniu ulic Caminho do Poilar i Caminho do Esmeraldo nosi imię Józefa Piłsudskiego.



Monte
Wybraliśmy się kolejką linową nad miastem do Monte, gdzie znajduje się piękny kościół i Monte Palace. To dawna posiadłość zwana Quita, podobnie jak park koło naszego hotelu, zwykle jako letnia rezydencja należała do Brytyjczyków. Piękne miejsce z cudownym ogrodem i widokiem na całe miasto. Atrakcją jest tu zjazd na sankach w koszach wiklinowych. To dawny sposób poruszania się mieszkańców wyspy, obecnie to zabawa dla turystów. Niestety, nie zaznaliśmy emocji zjazdu w wiklinowych koszach – tego dnia były niedostępne.








Camara de Lobos
Camara de Lobos drugie co do wielkości miasto na wyspie. Nazwa oznacza siedzibę wilków morskich, ich dawne miejsce wypoczynku na wybrzeżu. Obecnie to miasteczko pięknie położone w zatoce pomiędzy klifami. To tu odbył się nasz ślub w urzędzie stanu cywilnego, dużo skromniejszego od polskich. Urząd znajdował się na parterze bloku mieszkalnego.




Ślub i sesja zdjęciowa na Guindaste oraz półwysepie San Lorenzo
W dzień ślubu przez ponad 8 godzin mieliśmy do dyspozycji prywatnego kierowcę. Zabrał nas z hotelu do urzędu, gdzie ceremonię tłumaczyła Pani Ewa, bliscy oglądali nas online przez MeetGoogle, a my cieszyliśmy się naszą chwilą. Następnie mieliśmy umówiony lunch ślubny w restauracji Zarco na
tarasie z widokiem na całe miasto. Zamówiliśmy typowe danie kuchni maderyjskiej: Espadę z bananem i do tego kieliszek poncha. Ten alkohol na bazie cytryny piliśmy z dodatkiem marakui. Kolejny punkt dnia to sesja zdjęciowa z panem Dominikiem Krata, Polakiem mieszkającym na Maderze.
- Profil pana Dominika Karata, możecie zobaczyć zdjęcia z pod jego ręki.
- położenie restauracji Zarco – z tarasem widokowym na całe miasto
Wymarzyłem sobie sesję na szczycie Picu Areiro, jednak chmury tego dnia nie dały nam szansy. Wybraliśmy się na punkt widokowy Guindaste koło Santany i półwysep San Lorenzo. Obydwa niesamowite, widoki na wielkie klify, majestatyczne skały. Dojeżdżając do półwyspu, z samochodu wypatrzyłem aleję dziko rosnących drzew smoczych i poprosiłem fotografa, żeby tam zrobił nam zdjęcia. Przejrzałem wiele zdjęć z sesji ślubnych z Madery ale takich ujęć nie widziałem.
Na koniec dnia udaliśmy się na wieczór tańców regionalnych. Stroje mocno przypominały mi nasze łowickie, chociaż tutaj panowie mają najśmieszniejsze czapeczki na świecie: z długą antenką na czubku. Śmialiśmy się, że wyglądają jak teletubisie. Panie porwały nas do tańca.





Cural das Ferias
Cural das Feiras czyli Dolina Zakonnic, które uciekły przed atakami francuzów na Funchal. Założyły piękna wioskę w zielonej dolinie, gdzie rosną drzewa kasztanowe. Dziś to miejsce odwiedza się głównie z tego powodu. Zamówiliśmy ciasto kasztanowe i smażone kasztany z solą. Do tego kieliszek likieru z marakui, owocu również królującego na wyspie.





Santana
Miasteczko na północnym wschodzie wyspy, dotarliśmy tam mijając miliony serpentyn górskich. To miejscowość słynąca z typowych domków górskich. Stały się atrakcją turystyczną. Kolorowe, niebiesko-biało-czerwone, o trójkątnym kształcie, pokryte strzechą. W środku są sklepiki. Pozostałe tego typu budowle służą teraz jako składziki.


Queimadas/Calderia Verde
Wykupiliśmy jedną wycieczkę fakultatywną tam, gdzie nie było możliwości dostać się samemu bez samochodu. Na trasę lewady Caldeira Verde. Trasa prowadzi wzdłuż kanału na zboczu góry, razem 13 km, przez lasy wawrzynowe. Byliśmy sporą, międzynarodową grupą, idącą w niezłym tempie. Droga nie była ciężka, ale trzeba było uważać pod nogi i na głowę. Czasem przechodzi się przez wąski tunel świecąc sobie telefonem. Kurtki się przydały, bo woda skraplając się spływa ze zboczy, tworząc co jakiś czas wodospad. Na samym końcu trasy, w dawnej kalderze wulkanu utworzył się niesamowicie wysoki wodospad. Zaletą chodzenia w grupie było, że indywidualni turyści musieli czekać a nas przepuścić. Dzięki temu mieliśmy trochę czasu w Queimadas. Dosłownie magiczne miejsce, kolejna dawna rezydencja. Stylem przypomina angielską wieś ale przyroda i otoczenie jest już zdecydowanie maderyjskie. Drzewa pełne kwiatów opadających na zielony dywan z mchu. Biały dom kryty strzechą, stawy, strumienie. Super wycieczka i bardzo miły portugalski przewodnik. Z pasją opowiadał o przyrodzie wyspy i zwracal uwagę na co mamy uważać na trasie.








Kuchnia
Tradycyjna przekąska uliczna bolo do caco (czyt. bolu du cacu) to pszenna bułka z domieszką słodkich batatów posmarowana masłem czosnkowym i podawana z dodatkami. Najczęściej z bekonem i serem. Do tego przepyszna kawa portugalska to doskonały zestaw, by nasycić głód w czasie zwiedzania.




Mercado dos Lavradores – targ miejski, który stał się atrakcją turystyczną. Najlepiej go odwiedzić w piątek rano, kiedy są miejscowi rolnicy. Nam to się nie udało, byliśmy w tym czasie na levadzie. Jednak musiałem spróbować występujących tu niesamowitych odmian marakui: bananowej, pomarańczowej, cytrynowej i tradycyjnej. Nam szczególnie podpasowała pomarańczowa i tradycyjna. Kupiliśmy ich trochę do Polski. Na Maderze, jedynie tutaj, owocuje monstera. Jej owoc nazywa się ananas-banan i dokładnie tak smakuje. Trzeba go jeść etapami, pęka powoli i to, co samo się otworzy, można zjeść. Części zielone, twarde, mogą zaszkodzić. Pyszne banany maderyjskie są krótkie, słodkie i kremowe. Znajdziemy tu też dorodne papaje. Poza owocami targ słynie z kwiatów np. z przypominającej rajskiego ptaka strelicji. Na wyspiarskim targu nie może zabraknąć ryb. Najsłynniejsza to espada, głębinowa morska ryba, której wygląd odstrasza: czarna, długa, ze strasznymi zębami i oczami. W smaku jednak to jedna z najdelikatniejszych ryb, podawana w sosie marakujowym albo ze smażonym bananem. Poławiać ją można tylko u wybrzeża Madery.








Wino Madera – drugie najważniejsze źródło dochodów wyspy. Osobiście nie jestem jego fanem. Wzmacniane, wyraziste wino, w stylu porto albo malagi. Najbardziej rozśmieszyła mnie historia jego powstania. Podczas długich podróży statkiem, pod pokładem, wino zmieniało swoją strukturę. Początkowo myślano, że to zasługa kołysania na morzu. Pakowano je na statek, gdzie bujały się beczki. Dopiero później zrozumiano, że to zasługa wysokiej temperatury pod pokładem. Podgrzane wino nabiera swojego charakteru.
Z pewnością wrócimy na Madere, która zapamiętała się w naszych sercach. Jeśli ktoś jest zainteresowany organizacją swojego ślubu na Maderze to pozostawiam kontakt do Pani Ewy.

Dodaj komentarz