Bangkok

Dojazd

Do Bangkoku lata wiele linii lotniczych — zarówno bezpośrednio (Polish LOT), jak i z przesiadkami, np. tańszą Air Arabia. My wybraliśmy linię Qatar Airways z przesiadką w Doha. Nawet w klasie ekonomicznej lot był bardzo komfortowy: każdy pasażer miał własny ekran, słuchawki, koc, poduszkę, a nawet zestaw higieniczny ze szczoteczką i pastą do zębów. Serwowane posiłki były naprawdę smaczne.

Przypadek sprawił, że akurat wtedy w Katarze odbywały się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Całe lotnisko było udekorowane mundialowymi motywami — reklamy, gadżety, dekoracje, a nawet elementy w samolocie. Każdy chciał zrobić sobie zdjęcie z ogromną piłką ustawioną w terminalu. Trzy godziny oczekiwania na kolejny lot minęły nam bardzo intensywnie.

Komunikacja Miejska

W Bangkoku są dwa lotniska. Z Doha przylecieliśmy na Suvarnabhumi, które jest połączone z miastem pociągiem Airport Rail Link. Dojeżdża on do ekonomicznego centrum Bangkoku. Bilety kupuje się w kasach lub automatach — tylko za gotówkę — i otrzymuje w formie żetonów. Przykłada się je do czytnika przy wejściu, a przy wyjściu wrzuca do specjalnego pojemnika. Raz pomyliliśmy stację i wysiedliśmy o jedną za późno — żeton nie chciał przejść i musieliśmy dopłacić w kasie.

W Bangkoku nie ma wspólnego biletu na komunikację. Metro ma swoje bilety, dwie linie Skytrain swoje, a kolejki na lotniska — kolejne. Każdy system ma własne żetony. Płatności kartą są rzadko akceptowane, a jeśli już, to często doliczana jest prowizja 3%.

Autobusy

Autobusy są najmniej przyjazne turystom — brak czytelnych rozkładów, brak informacji po angielsku, a miasto jest wiecznie zakorkowane. To nie jest polecany środek transportu.

Tramwaje Wodne

To jedna z najwygodniejszych form przemieszczania się po Bangkoku, szczególnie dla turystów. Można nimi dotrzeć do najważniejszych atrakcji, a miasto — moim zdaniem — najpiękniej wygląda od strony rzeki.

Dawniej Bangkok przecinały liczne kanały, ale większość zasypano z powodu chorób, m.in. malarii. Po pozostałych kanałach wciąż pływają łodzie.

Tramwaje wodne oznaczone są kolorowymi chorągiewkami. Różnią się ceną i liczbą przystanków. My korzystaliśmy z tramwaju z pomarańczową chorągiewką — 15 bahtów za osobę. Dla porównania przejazd metrem kosztował zwykle ok. 60 bahtów.

GRAB

To tajski odpowiednik Ubera/Bolta. Idealny dla dzielnic bez dostępu do metra, np. słynnej Khao San Road. My nie korzystaliśmy, ale sprawdzaliśmy ceny — często bardziej opłacało się iść na metro lub tramwaj wodny.

Tuk-tuki

Małe, charakterystyczne pojazdy. Koniecznie trzeba ustalić cenę przed jazdą. Można podejrzeć orientacyjną cenę w aplikacji GRAB, żeby nie przepłacić.

Nocleg w dzielnicy Silom

Wybrałem hotel Silom Avenue Inn, położony blisko rzeki, przystanku tramwaju wodnego Oriental i stacji Skytrain Saint Louis. Obiekt jest stary, ale przyzwoity — 90 zł za noc w dobrej dzielnicy. W łazience latały małe muszki, ale spotkaliśmy je również w droższym hotelu, więc to raczej kwestia wilgotnego klimatu.

W cenie były cztery opcje śniadania — głównie jajka z tostami. To właściwie jedyna forma pieczywa w Tajlandii, poza drogimi piekarniami w centrach handlowych. Śniadanie zawsze przynoszono na tacy do pokoju.

Hotel nie trafił na moją listę polecanych, ale jeśli zależy Wam na niskiej cenie i dobrej lokalizacji, to na 1–2 noce będzie w porządku.

Silom to dzielnica ekonomiczno‑rozrywkowa — pełna wieżowców, banków i centrów handlowych. Mieszkają tu również Hindusi i muzułmanie. Obok naszego hotelu był meczet, a tuż obok świątynia hinduistyczna. Z zaciekawieniem obserwowaliśmy, jak śpiewy i kwiatowe dekoracje mieszały się z nawoływaniem muezzina.

Zwiedzanie centrum

Pierwsze wrażenie — chaos. Duszno, ogromna wilgoć, głośno, wieczny korek w mieście. Od wielkiego przepychu nowoczesnych wieżowców i drogich sklepów po uliczki wielkiej biedy z brudem, szczurami i karaluchami. Zawsze wydawało mi się, że Warszawa ma bałagan architektoniczny po zniszczeniach wojennych. Jednak Bangkok zmienił moje spojrzenie. Zabytki ociekające złotem, a wokół bieda — aż boli patrzeć.

Nie zamierzam odstraszać, jednak dla mnie, przybysza z uporządkowanej Europy, miasto okazało się męczące. Nie dziwię się, że turyści dość szybko uciekają na południe, na wybrzeże Andamańskie.

Dzielnica Silom

źródło: wikitravel

Silom zasłynął z filmu „Kac Vegas w Bangkoku”. To tutaj nakręcono scenę na dachu hotelu w Sky Barze. Samo wejście do Sky Baru jest płatne, więc darowaliśmy sobie tę atrakcję.

Najsłynniejszym miejscem rozrywkowym na Silomie jest Patpong — małe uliczki od soi nr 2 do soi nr 4, czyli dzielnica czerwonych latarni, najbardziej kosmopolityczne miejsce. Z pewnością spotkacie Ladyboyów. Można ich poznać jedynie po wysokim wzroście, bo zwykle Tajowie są wyżsi od Tajek. Dostaniecie zaproszenie na widowisko zwane ping‑pong show, gdzie możecie doznać pewnego erotycznego… szoku.

Jedna z uliczek jest przeznaczona dla kultury LGBT. Poszliśmy tam na jedno piwo. Stoliki wystawione były na zewnątrz i wszyscy siedzieli skierowani twarzą na środek ulicy, jakby mieli patrzeć na rewię mody. Chcieliśmy zobaczyć pokaz drag show, licząc na postacie z programu Drag Race Thailand. Jednak bary głównie zachęcały na striptiz Tajów. Dlatego po wypiciu piwa postanowiliśmy wrócić do hotelu.

Po drodze spotkaliśmy ogromne szczury i karaluchy, co tylko potwierdziło, że podziękujemy już tej dzielnicy uciech. Z pewnością nauczyłem się większego dystansu do otaczającego świata, postrzegania rzeczy oraz wdzięczności za warunki panujące w Polsce po tym wyjeździe.

źródło: wikitravel

Świątynie

Do najważniejszych świątyń i Pałacu najłatwiej dostać się tramwajem wodnym do stacji That Chang albo Tah Tian — tutaj znajdują się najważniejsze atrakcje miasta. Naprzeciwko, po drugiej stronie rzeki, jest jeszcze jedna słynna świątynia — Wat Arun, czyli Świątynia Świtu. Znajduje się przy stacji tramwaju o tej samej nazwie. Tę oglądaliśmy tylko z zewnątrz, od strony rzeki.

Zwiedziliśmy kompleks Wielkiego Pałacu ze Świątynią Szmaragdowego Buddy. Potem, w cenie biletu, pojechaliśmy ciuchcią do Teatru Narodowego. Tutaj mogliśmy podziwiać elementy tradycyjnej kultury tajskiej: stroje ludowe, muzykę pełną nieznanych nam dźwięków, teatr cieni i wierzenia buddyjskie. Dalej przeszliśmy przez mały, uroczy Saranrom Palace Park. Ostatnim etapem tej wycieczki była Świątynia Leżącego Buddy — Wat Pho. Cała trasa zajęła nam jakieś 5 godzin.

Na koniec, żeby nabrać oddechu od chaosu miasta, udaliśmy się do parku Lumpini — jednego z nielicznych parków w centrum Bangkoku.

W Tajlandii do świątyń trzeba wchodzić w długich spodniach i z zakrytymi ramionami. Przy temperaturach powyżej 30 stopni i wilgoci w powietrzu dżinsy to nie jest dobry pomysł. W bliskiej okolicy świątyń spokojnie można nabyć odpowiedni strój, który jest symbolem turystów. Kupiliśmy spodnie w tradycyjne wzory ze słoniami, z przewiewnego materiału. Sprzedawca mówił, że z bawełny — jak dla mnie była to duża domieszka poliestru. Koszt spodni: 150 bahtów za parę. Zaznaczam, że przy nas kobiety z chustą na ramionach nie wpuszczono na teren Pałacu — obowiązkowa okazała się bluzka.

Pałac Wielki i Świątynia Szmaragdowego Buddy

Pałac Wielki — każdy ma swoją percepcję piękna, więc przedstawię naszą. Główny budynek Chakri Maha Prasat Throne Hall (sala tronowa) był dla nas zbyt kiczowaty. Połączenie stylu europejskiego z tajskim — jakby Francję złączono z Tajlandią. Szukaliśmy czegoś bardziej egzotycznego.

Boczne budynki Dusit Maha Prasat Hall, w którym znajdują się szczątki królów, oraz Amarindra Winitchai Throne Hall zrobiły na nas większe wrażenie. A cały teren Wat Phra Kaew — Świątyni Szmaragdowego Buddy — otoczony murem przedstawiającym historię Ramajany, to naszym zdaniem najpiękniejsza świątynia w kraju.

Sama figurka Szmaragdowego Buddy (wbrew nazwie nie jest ze szmaragdu, lecz z zielonego jadeitu) jest narodowym skarbem Tajlandii. Zdjęć w środku nie można robić — jedynie przez okno. Całość Wat‑u ze stupami (chedi), posągami i barwną kolorystyką była tym, czego oczekiwaliśmy od Tajlandii.

Na koniec weszliśmy do muzeum z wieloma figurami Buddy, tronem i makietą całego kompleksu Wielkiego Pałacu. Wejście kosztuje 500 bahtów za osobę, w tym przedstawienie w teatrze.

Wat Pho

Wat Pho to kolejny bardzo duży kompleks świątynny, z mnóstwem figur i posągów Buddy — stojących, siedzących i tej największej, leżącej. Postać Leżącego Buddy ma 46 metrów długości i 15 metrów wysokości, pokryta jest płatkami złota i masą perłową na stopach. Przedstawia Buddę, który osiągnął nirwanę. Ze względu na rozmiary trudno objąć całą postać wzrokiem, tym bardziej że zajmuje całość budynku świątyni.

Znów zachwycający teren — jak w Wat Phra Kaew.

Na terenie Wat Pho znajduje się także szkoła tajskiego masażu. Można skorzystać z tej usługi, a cudowności masażu jeszcze omówię. Wejście: 200 bahtów, masaż: 400 bahtów.

Świątynia Złotej Góry (Wat Saket)

Kolejną naszą wyprawą była Świątynia Złotej Góry (Wat Saket). To tutaj mieliśmy naszą przygodę z nazwami metra Sam Yan oraz Sam Yot — na tej drugiej należy wysiąść, żeby dostać się do Wat Saket. Pani kontrolerka uśmiała się z nas, jak mogliśmy pomylić te nazwy — dla nas brzmiały niemal identycznie. Potem, gdy już wysiedliśmy na Sam Yot, musieliśmy dopłacić.

Świątynia Złotej Góry to wzgórze, u podnóża którego znajduje się sztucznie wykonana jaskinia z pomnikiem Buddy. Cała góra jest obsadzona roślinnością z kaskadami wodnymi. Wejście po schodach umila rozpylana mgiełka wodna, dzięki czemu upał tak bardzo nie doskwiera podczas wspinaczki po 318 stopniach.

Świątynia Złotej Góry to wzgórze, u podnóża którego znajduje się sztucznie wykonana jaskinia z pomnikiem Buddy. Cała góra jest obsadzona roślinnością z kaskadami wodnymi. Wejście po schodach umila rozpylana mgiełka wodna, dzięki czemu upał tak bardzo nie doskwiera podczas wspinaczki po 318 stopniach.

Na szczycie ujrzeliśmy 360‑stopniową panoramę miasta. Tam mogliśmy zobaczyć ogrom Bangkoku — w każdym kierunku rozciąga się nieskończona ilość wieżowców. W oddali można dojrzeć wcześniej odwiedzane świątynie. Na samym szczycie góry jest wysoka złota chedi z relikwiami Buddy.

Miejsce to było też składowiskiem martwych ciał w czasie epidemii dżumy. Wejście na górę: 150 bahtów

Źródło: Wikipedia


Zajrzeliśmy jeszcze do dwóch mniejszych świątyń, których jest sporo w okolicy. Spośród nich największe wrażenie zrobiła na nas Wat Ratchanatdaram Worawihan — ze śnieżnobiałymi ścianami, pięknie zdobionymi dachami i oczywiście wieloma posągami Buddy.

Gdzie jeść?

Kuchnia tajska obecnie jest znana i lubiana na całym świecie. W Polsce pad thai skosztować można praktycznie w każdym większym centrum handlowym, a przysmaki tej kuchni — w licznych restauracjach tajskich. Najróżniejsze połączenia tekstur i niebanalne przyprawy dostarczają charakterystycznych doznań smakowych. To fuzja smaków i oczywiście ostrości!

Tajlandia to nie jest kraj na opcję all inclusive — tego typu hotele są jedynie dobrym rozwiązaniem w regionie Khao Lak, gdzie daleko do cywilizacji. Bangkok jest pełen ulicznych straganów, gdzie Tajowie jedzą śniadanie, obiad i kolację. Ceny za danie zaczynają się od 50 bahtów, a typowy pad thai to koszt ok. 60 bahtów.

Street Food

Jednak nasze pierwsze spotkanie ze street foodem nie było udane. Podany tam pad thai był bardzo duży, ale jednocześnie najsłabszy, jaki kiedykolwiek jadłem. Marcin zamówił jakieś nieznane danie z gałązkami zielonego pieprzu — dla nas całkiem niezjadliwe. Za te wątpliwej jakości dania zapłaciliśmy horrendalną kwotę 250 bahtów za osobę — najdrożej spośród 16 dni pobytu w Tajlandii. Choć miejsce było świetnie oceniane, nie mam pojęcia za co.

Następnego dnia mieliśmy szczęście — czekając na tramwaj wodny, poznaliśmy polskie małżeństwo. Polecili nam street food naprzeciwko hotelu ze słynnym skybarem. Tam zdecydowanie zmieniliśmy swoje podejście do jedzenia ulicznego — jest znakomite i niedrogie!

Dzielnica Chińska

Dzielnica chińska to — moim zdaniem — prawdziwe królestwo street foodu. Dobrze zjeść można tu od godziny 18, a posiłki serwowane są aż do północy. Od szokujących dań, takich jak skorpion na patyku, przez pyszną pieczoną kaczkę, lody kokosowe podawane w misce z kokosa, aż po bułeczki w formie kieszonki, do których można wybrać różne nadzienia. My wzięliśmy kawową, ananasową i z marmoladą. Zamówienie wypisuje się na karteczce i przekazuje pani, która przygotowuje bułeczki z wybranym nadzieniem. Ceny: 60–100 bahtów za danie.


Poza Chinatown, w mniej uczęszczanych przez turystów street foodach — jak np. Rama Townhouse Village, gdzie mieliśmy kolejny hotel — cena za zestaw: rosół + kurczak w bazylii tajskiej z ryżem wynosiła 50 bahtów.

Z typowych restauracji w Bangkoku nie korzystaliśmy. Ceny oscylują pomiędzy 300–500 bahtów za skromny posiłek. Bardzo chciałem iść do restauracji nowozelandzkiej na Silomie, ale uznałem, że tych specjałów spróbujemy kiedyś tam, na miejscu. Zauważyłem, że wiele produktów europejskich, np. steki czy jabłka, pochodzi tutaj właśnie z Nowej Zelandii.

Food court

Food court to dla mnie jedno z największych odkryć tego kraju. To zaułki restauracyjne, które działają na jedną wspólną kasę. Spotkać je można w centrach handlowych albo przy wejściach na lotnisko. Najpierw należy przedpłacić w kasie i w zamian otrzymuje się kartę lub kupony — zależnie od tego, jak nowoczesny jest dany food court.

Jedzenie jest pyszne i można próbować najróżniejszych potraw, zamawiając je w wielu różnorodnych stoiskach. Ceny są podobne jak na street foodach. My jedliśmy wieprzowinę, kurczaka, rybę na ostro w bazylii tajskiej, zupę rybną oraz roti — smażone, chrupiące ciasto nadziewane bananem. Przy wyjściu, jeśli na karcie lub kuponie pozostaną niewykorzystane pieniądze, wystarczy poprosić o ich zwrot.

Nasz ulubiony food court znajduje się w starym centrum handlowym MBK, na szóstym piętrze. Centrum jest głównie opanowane przez hinduskich sprzedawców, a na dole znajdują się zwykłe, tradycyjne restauracje. W okolicy jest kilkanaście innych centrów handlowych połączonych skywalkiem, ale to już bogactwem ociekające galerie ze sklepami typu Louis Vuitton, Versace itp.

7-eleven

Osiedlowe sklepy 7‑Eleven to odpowiednik naszej Żabki, tutaj czynne całą dobę. Dostaniesz w nich pyszną świeżo mieloną kawę, azjatyckie zupki w pudełku lub saszetkach oraz gotowe dania obiadowe w pudełkach. Zaskoczyło nas, że świeży kurczak w bazylii tajskiej z ryżem podgrzewają w mikrofali — i że ludzie zabierają takie gorące obiady do hotelu.

My również raz kupiliśmy takie pudełkowe jedzenie i okazało się pyszne, a nawet zupełnie nieostre. Czasem tajska ostrość jest tak intensywna, że je się ze łzami w oczach.

Mango

Na koniec wspomnę o owocach i królowej owoców Tajlandii — mango. Za 60 bahtów dostaniecie przepyszne smoothie ze świeżo miksowanych owoców. Rozkoszowaliśmy się tym napojem przez całe dwa tygodnie, praktycznie codziennie.

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *